|
|
|
W Japonii byłem "aż" dwa razy i
to w stosunkowo krótkich odstępach czasu: w latach 1989 i 1991.
Będąc w latach
osiemdziesiątych kierownikiem artystycznym festiwalu organowego we Fromborku miałem kontakt z artystami z wielu krajów.
Dzięki nieżyjącemu już profesorowi Feliksowi Rączkowskiemu poznałem, a następnie za pośrednictwem Bałtyckiej Agencji
Artystycznej zaprosiłem na ten festiwal japońską organistkę Mari Kodama. Ona też wkrótce zrewanżowała się podobnym
zaproszeniem i tak oto w jesieni 1989 roku pojechałem do Japonii na oficjalne zaproszenie stowarzyszenia Cecilian
Association. Przygotowania do wyjazdu trwały dość długo
i już na tym etapie zaimponowała mi japońska dokładność przy jego organizacji. Leciałem LOT-em do Moskwy i dalej
Aeroflotem do Tokio. Pamiętam, jak w warszawskim biurze tej radzieckiej linii lotniczej przy odbieraniu biletów, na moje
obawy co do stanu technicznego IŁ-ów, usłyszałem, że trzeba wierzyć w przeznaczenie. Udało się, choć świadomość ośmiogodzinnego
lotu, m.in. nad Syberią, nie poprawiała mi humoru. Podróż trwała całą noc, ale po wylądowaniu w Tokio było już południe.
Miałem zaplanowane dwa koncerty, w
Fukushimie i w Tokio. Fukushima to miasto w północnej części wyspy Honshu (Honsiu), 280 tys. mieszkańców, przy trasie
Expressu Shinkansen. Grałem w nowoczesnej City Music Hall na prawie nowych (1985) organach duńskiej firmy Marcussen przy
ponad 300-osobowej publiczności. Zachowałem sobie na pamiątkę scenariusz imprezy, w którym niezwykle szczegółowo, z
minutową dokładnością określono wszystkie czynności dla obsługi koncertu. Tłumaczem był polski misjonarz, ojciec
Julian Różycki, u którego zresztą mieszkałem, w bardzo skromnych, żeby nie powiedzieć prymitywnych warunkach.
Koncert w Fukushimie był niejako rozgrzewką
przed kolejnym, 19 października, w hali Rissho Kosei-kai (Great Sacred Hall) w Tokio, o której wiedziałem, że należy do
kompleksu największych budynków publicznych na świecie. Obiekt ten, według niepotwierdzonych informacji, może pomieścić
50.000 osób! Po wejściu do wnętrza robi on kolosalne wrażenie. Swą okrągłą konstrukcją przypomina nieco wrocławską
Halę Ludową, choć dużo większą. Ogromny ołtarz pośrodku, siedem amfiteatrów wyścielonych dywanami. Do organów
umieszczonych na przedostatniej kondygnacji podchodziłem niosąc obuwie w ręku. Tu instrument, ku mojemu zaskoczeniu, był
dużo skromniejszy niż w Fukushimie - ledwie 25 głosowy, o elektrycznej trakturze, niemieckiej firmy Walcker (1965).
Japonia nie ma tradycji w dziedzinie muzyki organowej, instrumenty istnieją głównie w salach koncertowych. Na mój występ
przybyło około 1000 słuchaczy, co stanowiło jeszcze jeden rekord, tym razem dla mnie. Jakkolwiek sam przebieg koncertu
niewiele różnił się od innych, to jednak zapisał mi się trwale w pamięci z uwagi na to niezwykłe miejsce.
Moje kontakty artystyczne z Mari Kodama były
kontynuowane. Nadeszła pora rewanżu. W tym czasie organizowałem festiwal muzyki organowej na Alandach, na który zaprosiłem
Japonkę. Koncert ten wchodził w skład jej większego tournee koncertowego po niemal całym świecie. Trzeba przyznać, że
zrobiła duże wrażenie już samą swoją obecnością. Do rzadkości należą bowiem występy japońskich organistów w
Skandynawii. Mari Kodama nie pozostała mi dłużna. Wkrótce miałem ponownie gościć w jej kraju. W planach towarszystwa
Cecilian Association była organizacja wiosną 1991 roku pierwszego międzynarodowego festiwalu muzyki organowej w Japonii!
Miejsce - katedra katolicka w Tokio. Muszę tu dodać, że Mari Kodama jest katoliczką, ma częste kontakty z Polską, występowała
na wielu polskich festiwalach i nagrywała kasety. Impreza w jej rodzimej parafii zorganizowana została z wielkim rozmachem
i przygotowana perfekcyjnie. Zaproszenie otrzymała również moja żona jako osoba towarzysząca.
Do Tokio lecieliśmy tym razem Finnair'em z
Helsinek. Połączenie było wprawdzie bezpośrednie, ale z powodu zakazu lotu nad terytorium ZSRR trasa musiała prowadzić
nad Biegunem Północnym i Alaską. Prawie trzynaście godzin w powietrzu! Na pokładzie ogromnego DC 10 było zaledwie 30
pasażerów, a to z powodu nasilających się wtedy ataków terrorystycznych na Bliskim Wschodzie i groźby wojny Iraku z
Kuwejtem. Było więc dużo miejsca i można było wygodnie spać na pięciu środkowych siedzeniach. Przeżyliśmy też
10-minutową turbulencję, co jak wiadomo nie należy do przyjemności. Lądowanie na lotnisku Narita w Tokio odbyło się
zgodnie z planem. Tym razem dostaliśmy hotel i to dobrej klasy. Niestety, siedmiogodzinna różnica czasu dawała mi się we
znaki. Do koncertu miałem zaledwie kilkanaście godzin i nie było mowy o przestawieniu się na czas miejscowy. Gdy
organizatorzy zapowiedzieli swoje przyjście po mnie do hotelu o siódmej rano, to rzeczywiście o siódmej zero zero usłyszałem
pukanie do drzwi i nie miało żadnego znaczenia, że dla mnie była to północ. Trzeba było udać się na próbę.
Katedra katolicka w Tokio położona jest
nieco z dala od centrum. Brzydka, z szarego betonu, imponuje jedynie wielkością. W surowym i zimnym wnętrzu dojrzałem
wizerunek naszego papieża Jana Pawła II. Program mojego koncertu wybrany został przez organizatorów po uprzednim wysłaniu
przeze mnie jego trzech różnych wersji, tak aby utwory się nie powtarzały. W festiwalu brało bowiem udział siedmiu
wykonawców w kilkudniowych odstępach. Koncerty były nagrywane z myślą o późniejszym wydaniu płyty CD. Przyznam, że
świadomość tego faktu nie wpływała na mnie uspokajająco. Gra się przecież tylko raz i niczego nie można już potem
poprawić. Na mój koncert przyszło tym razem 600 osób. Po jego zakończeniu przewidziana była prezentacja przed publicznością.
Udałem się więc na dół i dopiero wtedy słuchacze niespodziewanie powstali z miejsc nagradzając mnie gromkimi
oklaskami. Kłaniałem się najniżej jak tylko potrafiłem, ale daleko było mi do opanowania tego gestu po japońsku. Dostałem
mnóstwo kwiatów i upominków. Z kolei po polsku powiedziałem parę słów podziękowania i sympatii, które następnie
przetłumaczył inny polski misjonarz, obecny na koncercie. Po jakimś czasie przysłano mi pewną ilość owych płyt
kompaktowych z nagraniem z koncertu.
Na drugi dzień miałem
nareszcie trochę wolnych chwil na zwiedzanie miasta. Mimo zmęczenia i różnicy czasu wspólnie z żoną wybraliśmy się
na "poszukiwanie przygód". Na temat Tokio można napisać wiele. Przede wszystkim miasto robi ogromne wrażenie swą
wielkością, co widać dopiero z ostatnich pięter kilkusetmetrowych wieżowców. Ludność Tokio według różnych źródeł
waha się od 12 do 35 milionów. Architektura domów jest bardzo zróżnicowana i trochę chaotyczna. W sąsiedztwie
nowoczesnych, strzelających w niebo drapaczy chmur uderza spora ilość tandetnych, kilkupiętrowych, małych, szarych domków.
Miasto, oświetlone niezliczoną ilością neonów, tętni życiem przez całą dobę. Panuje ogromna ciasnota. Przechodnie
ocierają się w wąskich uliczkach o samochody. Nie ma chodników, a każda powierzchnia gruntu wykorzystana jest do
maksimum. Japończycy pracują od rana do wieczora. Wszyscy ubrani w białe koszule i krawaty, wolny czas chętnie spędzają
w licznych lokalach, restauracjach i klubach lub grając na automatach. Problem przestępczości w Tokio niemal nie istnieje.
Przyczynia się do tego nie tylko mentalność samych Japończyków, ale i stosunkowo niewielka liczba turystów. Dużym
problemem jest porozumiewanie się w tym kraju, gdyż Japończycy z reguły nie znają obcych języków, mimo że uczą się
w szkołach angielskiego. Jest to kraj bardzo drogi. Koszty utrzymania, ceny, czynsze w centrum Tokio są niewyobrażalnie
wysokie.
Byliśmy w jednym z licznych centrów
handlowych. Można tam spędzić kilka dni. Ich ogrom przytłacza i męczy. Nie jest się w stanie zapanować nad całą
ofertą najróżniejszych towarów. Zafundowaliśmy też sobie kilkugodzinne zwiedzanie miasta autokarem z przewodnikiem.
Widzieliśmy rezydencję cesarza wraz z przylegającymi doń ogrodami. Oglądaliśmy ceremonię parzenia herbaty i piliśmy ją
później - przyznam, że niezbyt nam smakowała. Przede wszystkim jednak obserwowaliśmy zachowanie Japończyków. Byli dla
nas zawsze bardzo życzliwi i uprzejmi, służący radą i pomocą. Jeszcze długo po powrocie do domu myślałem o tym
kraju. Japonia, dzięki nieprzeciętnej pracowitości i uczciwości jej mieszkańców, osiągnęła ogromny postęp
cywilizacyjny w stosunkowo krótkim okresie powojennym. Odbudowana niemal od podstaw, dziś może imponować światu.
Podróż powrotna do Finlandii przebiegła
bez problemów. Na pokładzie samolotu znów było niewielu pasażerów, a większą część czasu wypełniło mi poznawanie
minikomputerka, który to jako jedyną techniczną pamiątkę przywiozłem sobie z Dalekiego Wschodu.
Przeczytaj też o moich podróżach na Bornholm, do Ameryki Łacińskiej,
Szwajcarii i na Daleką Północ.
Moje nazwisko "po japońsku" |
Tokio, Fumon Hall i The Great Sacred Hall, fragment centrum religijno-kulturalnego |
|
Ołtarz w świątyni buddyjskiej Rissho Kosei-kai |
|
|
Na tle Great Sacred Hall |
|
|
Chwila przed koncertem |
|
|
Koncert 19.10.1989 |
|
|
Po koncercie kwiaty... |
|
|
...ukłony dla tysiąca słuchaczy... |
|
|
...i podziękowania |
|
|
Na jednej z tokijskich ulic |
|
|
Katedra katolicka w Tokio |
|
|
Organy |
|
|
Koncert 18.3.1991 |
|
|
Po koncercie |
|
|
Przejście wzdłuż katedry |
|
|
Zdjęcie z organizatorami |
|
|
Na tle tokijskich wieżowców |
|
|
Panorama miasta |
|
|
Dworzec centralny w Tokio. Superexpress Bullet Train |
|
|
W kolejce podmiejskiej |
|
|
Pożegnanie z Tokio |