|
Moje przygody
podczas podróży i pobytu w USA i Ameryce Łacińskiej
W roku
1986 nawiązałem kontakt z jedną z agencji koncertowych w Niemczech. Było to małżeństwo - on, waltornista i
alphornista, jeśli można tak nazwać muzyka grającego na rogu alpejskim, ona - szefowa firmy. Początkowo za pośrednictwem
tej agencji występowaliśmy wspólnie z Manfredem, bo tak on miał na imię, w Niemczech, ja jako jego akompaniator. Od
czasu do czasu trafiały mi się też koncerty solowe w tym kraju. Po dwóch latach pomyślnej współpracy dostałem
propozycję wyjazdu z solistą do Ameryki Łacińskiej na 9-dniowe tournee. Mieliśmy wystąpić w pięciu
krajach: Barbados, Trinidad, Gujana, Gwatemala i Salwador. Koncerty organizowały tamtejsze niemieckie placówki
dyplomatyczne.
W tych
czasach, jak wiadomo, wyjazd z polskim paszportem na kontynent amerykański nie był łatwy. W moim przypadku okazało się
jednak, że jakkolwiek wizę do USA otrzymałem bez problemów, to jednak do pozostałych krajów również takowa była
wymagana, o czym agencja niestety nie wiedziała.
3
sierpnia 1988 roku przyleciałem samolotem Lufthansy ze Sztokholmu do Frankfurtu. Cały następny dzień ćwiczyliśmy
program i przygotowywaliśmy się do wyjazdu za ocean. 5 sierpnia rano na lotnisku we Frankfurcie zaczęły się problemy.
Przy odprawie do Port of Spain w trinidadzkich liniach lotniczych BWIA miła pani stwierdziła, że ma wątpliwości, czy ja jako
Polak mogę tam przebywać bez wizy. Po konsultacji była już pewna: Es tut mir leid, Sie brauchen doch Visum, sonst würden
WIR Ihre Rückreise bezahlen. Sie dürfen also nicht flügen. (Przykro mi, ale pan potrzebuje wizę, w przeciwnym wypadku MY
musielibyśmy opłacić pana bilet powrotny. Tak więc nie może pan lecieć). Do odlotu pół godziny. Dzwonimy do
szefowej, ona z kolei natychmiast do Ambasady RFN w Trinidadzie z prośbą o fax na lotnisko w Port of Spain lub do Londynu,
gdzie mieliśmy przesiadkę. Lecieć czy nie? Bilety przecież mamy. Ryzyko jest jednak duże, bo w przypadku niezałatwienia
wizy do Trinidadu musiałbym wracać z Londynu na własny koszt. Kolega zresztą też, bo przecież nie poleci sam. Po chwili
dowiaduję się, że nawet do Londynu nie wolno mi lecieć, bo ani Lufthansa ani BWIA nie mają ochoty na ewentualne
ponoszenie kosztów. W przedłużających się minutach oczekiwania na frankfurckim lotnisku dochodzę do wniosku, że właściwie
jest mi już wszystko jedno, czy pojadę czy nie. Dotychczasowa radość z wyjazdu się skończyła.
A szkoda. Obydwaj liczyliśmy
na wiele wrażeń z wycieczki i wspomnienia na całe życie. Żal mi było Manfreda, gdyż przeze mnie sam nie miał po co
lecieć. On również bardzo przeżywał tę podróż, był jednak wyrozumiały i nie upatrywał w tym wszystkim żadnej
mojej winy.
W pewnej
chwili pomyślałem, że możemy lecieć bezpośrednio do USA! W Miami mieliśmy mieć kolejną przesiadkę, stąd
konieczność posiadania wizy tego kraju, którą przecież miałem w paszporcie! Była godzina 13.00. Dowiadujemy się, że wprawdzie
o 10.50 był samolot do Miami, ale jest opóźniony o trzy godziny. Samolot jeszcze nie odleciał i dwa miejsca by się znalazły.
Trzeba się jednak spieszyć i dopłacić po 519 DM, co postanawiamy uczynić bez wahania.
Pomyślałem, że
będąc już za oceanem jakoś to dalej pójdzie, a w najgorszym wypadku wrócimy z powrotem mając już przecież zapłacony
bilet. Formalności trochę się jednak przeciągają (wypłata gotówki na kartę kredytową, kupno czeków USA na czarną
godzinę, która - było więcej niż pewne - nastąpi), a tu już zapowiadają odlot naszego samolotu. Manfred, człowiek o
dość oryginalnym zachowaniu, zwracający na siebie uwagę, trochę mnie z tego powodu zaczyna denerwować. Jest bardzo
impulsywny i nerwowy.
W
ostatniej chwili biegniemy do samolotu, w którym siedzą już wszyscy pasażerowie i którego odlot przez nas jeszcze
bardziej się opóźnia. Ludzie patrzą na nas z zainteresowaniem i uśmiechają się znacząco do siebie. Dostajemy
najgorsze miejsca, w różnych częściach samolotu, w środku środkowych rzędów, gdzie jest po pięć siedzeń. Tu
przyjdzie mi spędzić 11 godzin! Nikt z obsługi nie zna niemieckiego, nie ma żadnej informacji w tym języku. Nasz Boeing
747, podobnie jak i tamten do Londynu, należy do trinidadzkich linii BWIA, firmy mało znanej. Na dodatek znaleziono usterkę
techniczną, której usunięcie zajęło pięć godzin. Na pokładzie jest ponad 300 osób.
Po
starcie prawie natychmiast wyświetlono jakiś film, potem był posiłek i znowu film. Po jakimś czasie podchodzimy do lądowania
i przez okno widzę "księżycowy krajobraz". Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. Pusto, całkowite odludzie, słońce
wysoko, a na moim zegarku 23.20. Pozwolono nam wysiąść. Było bardzo ciepło. Przerwa na tankowanie. W dalszym ciągu
jednak nie wiem, gdzie jesteśmy. Idziemy do pobliskiego pawilonu. Tam dostrzegam flagę kanadyjską i napis GANDER. Przelecieliśmy
więc już ocean. To Wyspy Nowofundlandzkie - ziemia najdalej wysunięta na wschód. Tu jest połowa drogi do Miami i miejsce
tankowania wielu samolotów na tej trasie. Wkrótce wracamy na pokład. Zaczynam odczuwać zmęczenie - to już przecież północ.
Po kolejnych czterech godzinach lotu lądujemy szczęśliwie na Florydzie. Jest ciemno, chce nam się spać, a to bynajmniej
jeszcze nie koniec podróży i przygód. Wypatrujemy konsula niemieckiego, który miał na nas czekać z wizą dla
mnie do Trinidadu. Niestety, nie ma nikogo. Obydwaj z Manfredem nie znamy angielskiego, co ogromnie utrudnia nam
porozumiewanie. Próbujemy dzwonić do Niemiec, dlaczego konsul się nie zjawił. Po wykręceniu numeru automat informuje,
ile monet 25-centowych należy wrzucić. W naszym wypadku 30. W informacji nikt
oczywiście nie zna niemieckiego. Problemy! Zmęczeni
biegamy ze wszystkimi bagażami po terminalu.
Mój
kolega staje się coraz bardziej uciążliwy. Jest wyjątkowo nerwowy i widać, że już nie panuje nad sobą. Uspokajam go,
jak mogę. Jeszcze raz dzwonimy do jego żony. Ona mówi, że mamy lecieć do Trinidadu, gdzie już podobno o wszystkim wiedzą
i wpuszczą nas bez wizy. Manfred ma już dość tej wycieczki i chce wracać do domu. Zostawiam go na
chwilę z bagażami i idę dowiedzieć się o połączenia do Port of Spain. PANAM leci dopiero jutro po południu. A inne
linie? Tego PANAM "nie wie". Trzeba się pytać w każdym towarzystwie lotniczym oddzielnie. Mam już ochotę na małą
wódkę, ale przy tym zmęczeniu dobiło by mnie od razu.
Nagle słyszę
język polski. Nareszcie! Jakieś starsze małżeństwo. Podchodzę i pytam, gdzie tu jest w miarę tani i porządny hotel,
bo za chwilę zasnę na jakiejś ławce. Owszem, pięć minut drogi, trzeba wyjść z terminalu, prosto, w prawo, potem druga
w lewo i jeszcze raz w lewo. Już za 50 dolarów można przenocować w dwuosobowym pokoju. Pomyślałem, że te pięć minut
może się dla nas skończyć godziną błądzenia po mieście lub jakąś przygodą. Umówiliśmy się wcześniej, że wszędzie
w Ameryce będziemy się poruszać we dwóch. Weźmiemy więc taksówkę. Wychodzimy z terminalu na zewnątrz
i mimo późnej nocy uderza w nas żar gorącego, wilgotnego powietrza. Taksówki oczywiście stoją w długim rzędzie.
Podajemy nazwę hotelu. Młody kierowca, o nieco cwaniackim wyglądzie, wiezie nas w milczeniu szeroką limuzyną.
Hotelu jednak nie widać, a licznik bije. Manfred powtarza nerwowo pod nosem ...das stimmt nicht, das stimmt nicht, was
ist los? Uspokajam go, że taksówkarz wie, jakich ma pasażerów i wiezie nas do całkiem innego, dalszego hotelu, żeby
więcej zarobić. W końcu zatrzymujemy się. You eight and you eight dollars, słyszymy. OK! Dostajemy pokój nie za
50, a za 80 dolarów, ale jest nam już wszystko jedno. Na szczęście działa klimatyzacja. Jest trochę chłodniej. Nie
mamy już sił rozmawiać o tym, co będzie jutro. Niemal natychmiast zasypiamy.
Rano po
śniadaniu jedziemy z powrotem na lotnisko. W PANAM-ie dowiadujemy się, że wykupiono nam bilety do Port of Spain na
17.40
(726 USD). Mamy więc parę godzin czasu. Zostawiamy bagaże i jedziemy na Miami Beach. Czujemy się dużo lepiej niż
wczoraj i o kłopotach już prawie zapomnieliśmy. Jest potworny upał, blisko 40 stopni w cieniu, choć tego cienia nigdzie
nie można znaleźć - jesteśmy prawie na Zwrotniku Raka! Po plaży nie da się iść bez obuwia. Niemal natychmiast
wskakujemy do ciepłej wody. Z pewnej odległości od brzegu, jak okiem sięgnąć, ładnie prezentują się liczne hotele i
pensjonaty. Ludzi niewiele. Siedzimy niemal cały czas w wodzie, która po pewnym czasie wydaje się gorąca jak w wannie.
Jest ponadto bardziej słona niż w Bałtyku i czysta, czego nie można powiedzieć o plaży. Świadomość miejsca, gdzie się
właśnie znajdujemy, na plaży w
Miami, rekompensuje mi nieco wczorajsze przygody. Dziś jest wspaniale!
Około
15.00 wracamy na lotnisko. Jeszcze nie czujemy bólu pleców i nóg. Ale już w samolocie daje nam znać o sobie
czterogodzinne przebywanie w pełnym słońcu i w bardzo słonej wodzie. Czujemy zimno i dreszcze. Po pewnym czasie nie mogę
się już swobodnie poruszać. W tym stanie przyjdzie mi wytrzymać kolejne dwa dni. Samolot ląduje na krótko na wyspie
Barbados, by następnie wziąć kurs na Trinidad, legendarny już cel naszej wyprawy. Wśród pasażerów dominują Murzyni.
Robię trochę zdjęć, czym narażam się na ryzyko pobicia. Gdy lądujemy jest już ciemno, godzina 23.00 czasu
miejscowego.
Podczas
odprawy paszportowej próbuję udawać głupiego. Funkcjonariusz w okienku pyta mnie po angielsku, gdzie mam wizę. Pokazuję wizę
USA. Kręci głową. Za mną długa kolejka. Każe mi odejść na bok. Co teraz? Znowu się zaczyna? Po 15 minutach zjawia się
jednak człowiek, przedstawiając się po niemiecku jako pracownik ambasady tego kraju. Uff, niepewność minęła. Mogłem
przejść na drugą stronę.
Wychodzimy
z lotniska i wsiadamy do samochodu konsula. Zapominam o ruchu lewostronnym i z przyzwyczajenia otwieram prawe drzwi. Kierowca
zdecydowanym głosem: Wollen Sie Auto fahren? Bitte links! Człowiek ten, który miał nam później towarzyszyć
podczas pobytu, być może zły z powodu dodatkowej pracy, jaką musiał wykonać w związku z moją wizą, często zachowywał
się potem wobec nas niezbyt kulturalnie. Jedziemy jednak do miasta. Port of Spain liczy 220.000 mieszkańców.
25-kilometrowa droga z lotniska jest wąska i dziurawa. Ruch duży, bardzo łatwo o wypadek. Zauważam stada dzikich psów,
uciekających nam spod kół. W mieście już na pierwszy rzut oka widać brud i bałagan na ulicach. Domy najczęściej
parterowe, biedne i zaniedbane. Zupełnie inaczej prezentują się dość liczne pensjonaty dla gości zagranicznych. W
jednym z nich zatrzymujemy się. Sympatyczny gospodarz zna na szczęście
niemiecki. Dostajemy dwa apartamenty z klimatyzacją,
łazienką i kuchnią. Jest sobota, późny wieczór. Jutro mamy koncert w jednym z tutejszych kościołów.
Próbujemy
zasnąć, ale nie możemy się przystosować do zmiany czasu i klimatu. Ponadto nasila się ból pleców. W nocy budzi mnie
kanonada szczekających w pobliżu psów. To prawdziwa plaga. Każda rodzina trzyma ich tu po kilka, większość jednak włóczy
się bezpańsko. Są odrażające, chude i potrafią zaatakować. Innym problemem jest dla nas tutejsza żywność. Ja
ponadto jestem szczególnie uprzedzony do każdej potrawy, której nie znam. Z pierwszego posiłku rezygnuję.
Dziś
jest niedziela, w pobliskim kościele anglikańskim akurat kończy się nabożeństwo. Wewnątrz kilkanaście wentylatorów i
pootwierane wszystkie okna. Mimo tego czuje się smród i zaduch. Nie ma czym oddychać. Wieczorem mamy tu koncert! Nie
jestem pewny, czy dogramy do końca. W kościele stoi brudny, rozstrojony fortepian, z lepiącymi się klawiszami. Manfred
nie może nastroić waltorni - wilgotność powietrza "200 %". Nie da się w ogóle grać. Co chwilę wylewa wodę
z instrumentu. Jest cały mokry. W zakrystii stoi miska z wodą, w której pływają miliardy bakterii. Chce nam się pić.
Wychodzimy na ulicę, gdzie nieopodal ktoś sprzedaje kokosy. Ledwo żywi, wracamy po próbie do domu, aby choć trochę
odpocząć przed koncertem. Upał nie do zniesienia, 37 stopni. Gospodarz mówi, że teraz nie jest jeszcze tak źle. Był
okres, że przez trzy lata nie spadła kropla deszczu. Umierali ludzie, płonęły gospodarstwa i ogromne obszary buszu.
Idziemy na "obiad". Ryż, jakieś podejrzanie wyglądające mięso, które od razu kojarzy mi się z tymi dzikimi
psami. W pośpiechu wychodzę, aby nie zwymiotować. Manfred też rezygnuje. Służąca
śmieje się z nas i dopiero
teraz zauważam u niej bardzo niekompletne uzębienie. Jeść jednak trzeba! Jedziemy więc w końcu do miasta, gdzie w
sklepie zaopatrujemy się w czekoladę, ciastka, pomarańcze, banany i coca colę w puszkach. Aby tylko przeżyć do wyjazdu!
Na koncert przychodzi 50 osób, zupełnie nieświadomych ceny, jaką zapłaciliśmy za to, żeby mogli nas teraz posłuchać.
Koncert w Port of Spain okaże się bowiem jedynym, który doszedł do skutku z całego zaplanowanego tournee. Nasz występ
to jedna wielka improwizacja. Manfred nie może wydobyć ani jednego czystego dźwięku. Mnie w pewnym momencie wentylator
zdmuchuje nuty z fortepianu. Gram więc z pamięci, byleby tylko skończyć utwór razem z solistą. Następuje punkt
kulminacyjny wieczoru - róg alpejski. Już na sam jego widok słuchacze się ożywiają. To coś dla nich! Kolega gra jeden z
nielicznych utworów napisanych na ten instrument - z alphornu można bowiem wydobyć raptem kilkanaście dźwięków.
Dodatkowym efektem jest w tym utworze rytmiczne pocieranie ustnikiem o chropowaty korpus instrumentu. Burza oklasków!
Koncert udaje nam się skończyć.
Na drugi
dzień konsul zabrał nas do studia miejscowej telewizji, gdzie mieliśmy coś zagrać i powiedzieć jak nam się tu podoba.
Zapomniałem nut i musiałem grać z pamięci. Nie wiedziałem, że program był na żywo! I całe szczęście, że nie
wiedziałem. Poszło dobrze.
Po południu
właściciel pensjonatu zabrał nas na wycieczkę samochodem po okolicach. Przejechaliśmy 200 kilometrów po drogach i
bezdrożach tego egzotycznego kraju. Byliśmy przy granicy z Wenezuelą, dokąd można było dopłynąć łodzią. W mijanych
po drodze wioskach widzieliśmy, jak naprawdę wygląda bieda. Byliśmy też w jednym z nielicznych domów handlowych, aby zorientować się, co i za ile można tam kupić. Walutą jest TTD (Trinidad and Tobago Dollar),
a ceny zróżnicowane: artykuły przemysłowe drogie, żywność tania. Sklepy brzydkie, przypominające
lata siedemdziesiąte w Polsce, brak estetyki, mały asortyment, brud. Są jednak miejsca, gdzie można kupować po
europejsku. Pamiętam też, że rzuciłem się na zwykłe bułki, pomidory i paczkowaną szynkę. Nie byłem nastawiony na
jakiekolwiek inne zakupy. Na pamiątkę kupiłem sobie jedną kasetę z muzyką
calypso.
Honorarium
za koncert nie otrzymaliśmy w ogóle, gdyż konsul oznajmił nam, iż za te pieniądze kupił nam bilety powrotne do Europy
na... dziś wieczór. Wcześniej skontaktował się z placówką w Salwadorze w sprawie mojej wizy i otrzymał odpowiedź
negatywną. Mamy wracać do domu. Chwała Bogu! Na nic bardziej nie miałem
ochoty. Co będzie jednak z kosztami całej "wycieczki", które urosły już do kilku tysięcy dolarów? Kto nam to wszystko zwróci? A więc pakujemy się. Zmordowani,
bez pieniędzy, za to pełni wrażeń i jednak satysfakcji. Dla mnie
szczególnej, gdyż - jak mi powiedziano - byłem pierwszym polskim muzykiem, który występował w tym
kraju.
Samolot
Boeing 747 British Airways do Londynu zatrzymuje się jeszcze na krótko na wyspie Antigua, skąd zabiera resztę pasażerów.
Tym razem mamy lepsze miejsca. Mój towarzysz niedoli jest wyraźnie zmęczony całą ekspedycją. Obaj jak najprędzej
chcemy już być w domu. Po 10 godzinach lotu lądujemy w Londynie, gdzie przy okazji oglądam z góry piękne
widoki miasta.
Postanawiam
jeszcze dziś, za wszelką cenę być w domu, w Finlandii. Żegnam się z Manfredem i szukam połączenia do Sztokholmu. Jest
za godzinę. Bilet kosztuje... 178 funtów! Mam w kieszeni bilet do Düsseldorfu, a stamtąd do Sztokholmu, który jednak nie
przedstawia w tej chwili żadnej wartości - inna taryfa, inny termin, inna firma. Muszę kupić nowy bilet, w jedną stronę,
po normalnej, czyli najwyższej cenie. Jeszcze raz przydaje mi się karta kredytowa. Biegnę po bagaż, który na pewno gdzieś
tam krąży już w kółko na taśmie. Terminal Heatrow jest ogromny, są to właściwie cztery oddzielne dworce. Gdzie szukać
bagażu? Odlot do Sztokholmu jest z innego terminalu. Muszę przejść przez kontrolę graniczną. Urzędnik żąda biletu
i... wizy!, której oczywiście nie mam. Muszę się tłumaczyć, co robię w Finlandii z polskim paszportem. Do diabła! Czas
ucieka. Po co to wszystko? Cały Heatrow powinien być przecież strefą neutralną. W końcu przechodzę z wbitą wizą
jednorazową! Cudem znajduję bagaż i gonię z nim do autobusu na inny terminal. Czas, czas! W ostatniej chwili dobiegam do
odpowiedniego wyjścia. Zdążyłem!
Po dwóch
godzinach jestem już w Sztokholmie. Jeszcze tylko dwie i pół godziny podróży
promem i jestem w domu. A w domu bez zmian -
cisza i spokój.
P.S.
Agencja zwróciła mi wszystkie koszty, biorąc na siebie winę za powstałe problemy.
2
kwietnia 2000
|